Gdybym miał wypowiedzieć się odnośnie negatywnych aspektów naszej polskiej mentalności bez wahania wskazałbym na dwie szczególnie dominujące, w mojej opinii, cechy: namiętne spożywanie alkoholu oraz wieczne narzekanie. Antropologiem nie jestem, ale na mój rozum jedno wynika z drugiego; „małe piwko” jest początkiem późniejszej litanii wszelakich żalów, boleści i kwakań, a skoro jest tak źle to jak tu nie pić. Heroiczna przeszłość, świetlana przyszłość, tylko teraźniejszość byle jaka.
O ile nigdy nie miałem problemu z odmówieniem alkoholu, o tyle z narzekaniem, no cóż jak to mówią: „nobody is perfect”.
- Ale pogoda, istny stan nieważkości – odparłem leniwie odpędzając natrętną muchę. – Teraz mogę sobie wyobrazić jak czuje się kostka masła na rozżarzonej patelni.
Jezioro Studzieniczne. Zbliżało się południe. Leżeliśmy rozpłaszczeni na leżakach chroniąc się w objęciach pawilonu, który był ostatnią linią obrony przed palącym słońcem. Niebo było bezchmurne, a temperatura powietrza sprzyjała obfitemu poceniu się. Lecz najgorszy był brak jakiegokolwiek choćby najmniejszego wiatru. Zapewne ukrył się gdzieś by przespać ten niekorzystny czas. My nie mogliśmy liczyć na taki luksus.
- Czyżbym wyczuwała narzekanie? – znudzonym tonem zapytała moja towarzyszka jednocześnie spoglądając na swoje paznokcie.
- Żyjemy w wolnym kraju.
- No właśnie, w wolnym kraju. A czymże jest wolność?
- Przestrzenią, której potrzebuje każdy człowiek – rzuciłem patetycznie.
- A ta przestrzeń, jak widzę, musi koniecznie być wypełniona wiecznym narzekaniem – odrzekła nieco poirytowanym głosem. – Pomyśl, czy to narzekanie faktycznie czyni cię wolnym?
- O ludy! – zawsze tak mówię, gdy pytanie jest kłopotliwe. – Taka pogoda, a ty jeszcze każesz mi myśleć?
- Nie Kotku, nie mogę przecież kazać ci robić czegokolwiek, bo przecież jesteś wolny, a tym bardziej uczynić to, czego w zwyczaju raczej nie masz – odpowiedziała z ironicznym uśmiechem. Po czym wstała, zrzuciła pareo
i szybkim krokiem skierowała się w stronę jeziora.
Odprowadziłem ją wzrokiem, dopóki nie straciłem jej z pola widzenia. Zamknąłem oczy i starałem się zignorować wszystko, co ingerowało w moją wolność. Jednak wewnętrzny spokój nie chciał przyjść. Mały kamyczek został rzucony i lawina ruszyła.
Jesteśmy tu już od pięciu dni. Wciąż lał deszcz, a od jeziora wiał zimny wiatr. Wokół namiotu musieliśmy wykopać rów, aby piętrząca się woda nas nie zalała. Chodziliśmy spać w deszczu i budziliśmy się w deszczu. Niebo było starannie wyścielone ciemnymi chmurami. A wiatr zamiast je rozganiać, to sprowadzał nowe ich zastępy. Jednak ona w tym wszystkim ciągle zachowywała spokój i dobre samopoczucie, którego mi z każdym dniem ubywało.
- Przynajmniej mamy ciszę i spokój – tłumaczyła. – Gdyby było słonecznie, miejsce to zaraz by się zapełniło typowymi wczasowiczami, którzy przywieźliby ze sobą miejski zgiełk, a tak możemy prawdziwie odpocząć.
To również mnie nie przekonywało. Czy narzekałem? Wydawało mi się że nie, stwierdzałem tylko fakty.
A jednak dzisiaj, gdy pogoda w końcu dopisała i słońce ukazało się w całym swym splendorze mój zachwyt nie trwał długo. Zaraz znowu narzekałem, tym razem na upał. Skąd we mnie takie nastawienie? Przecież spełniło się to, czego pragnąłem od kilku dni – upragnione słońce i ani kropli deszczu. Ale z drugiej strony ten upał nie do zniesienia. Czyżbym sam nie wiedział czego chcę? Nie, tak nie może być. Skąd we mnie to narzekanie? Zastanówmy się … . Przyjechałem tutaj z pewnym nastawieniem, które jednak w starciu z rzeczywistością przemieniło się jedynie w rozczarowanie. Dlaczego? Ponieważ wszystkie moje plany zniweczyła pogoda. Czyli pogoda jest winna? A zatem wynika z tego, iż moje szczęście zależy od czynników, na które nie mam wpływu. Czyżby to one wyznaczały granice mojej wolności? Ksiądz Popiełuszko powiedział, że wolność jest w nas. Czyli skoro wolność jest we mnie, to i ja wyznaczam jej granice. Wtedy przypomniałem sobie zasłyszane niegdyś słowa Abrahama Lincolna: „Ludzie są na tyle szczęśliwy na ile sobie pozwolą”. Czy ja pozwoliłem sobie cieszyć się pobytem tutaj nad jeziorem? Nie. A więc to nie wina deszczu, czy słońca, że nie czerpałem radości z tego wyjazdu ale mojej decyzji. Wygląda na to, iż sam siebie uczyniłem niewolnikiem. Prawda ta uderzyła mnie swoją prostotą. Wtedy na mojej twarzy pojawił się autentyczny uśmiech mimo wciąż palącego słońca, ciężkiego powietrza i nawet tej natrętnej muchy. Energicznie wstałem z leżaka i ruszyłem w stronę jeziora.
- Wakacje czas zacząć – radosnym głosem obwieściłem mej przyjaciółce, która właśnie wychodziła z wody.
- To zacznij je od sprawdzenia czy w „lodówce” nie została jeszcze jedna butelka Karmi.
Dopiero teraz byłem wolny i pozwoliłem sobie na cudowne wakacje.