Retrospekcja 08.05.2011
„Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie?” /Mt 16, 15/
„Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje” /Mt 16, 24/
Dwa powyższe wersy („praca domowa” z piątkowego Domu Modlitwy) stały się punktem moich rozważań. Kim jest dla mnie Jezus? I czy chcę pójść za Nim? Szczerze wyznam, że nie umiałem odpowiedzieć na żadne z tych pytań. A są one ze sobą w bardzo ścisłej relacji: jeżeli stojąc w prawdzie przed Bogiem i samym sobą nie potrafię odpowiedzieć na pytanie – Kim jest dla mnie Jezus?, to również nie mogę za Nim pójść. Bo jak można iść za Kimś kogo się nie zna?
Wyobraź sobie taką sytuację:
Ciemna noc. Jesteś daleko od domu. Ostatni autobus, który mógł cię tam dowieść odjechał dawno temu. Nie ma żadnych taksówek. Padła ci komórka, więc nie możesz do nikogo zadzwonić o pomoc. Nagle nie wiadomo skąd wyłania się postać. Wskazuje na ciebie palcem i mówi:
- Chodź ze mną.
Co byś zrobił?
Ja osobiście byłbym przerażony. Mój umysł zaprezentował by mi szereg zakończeń tej sytuacji
i zapewne żadna nie miałaby szczęśliwego zakończenia.
Nie wyobrażam sobie tego, bym mógł pójść – nie wiadomo gdzie – za kimś kogo pierwszy raz widzę na oczy, i kogo zupełnie nie znam. To jest nie do pomyślenia dla mnie. Ale póki co, rozważania zostały przysłonięte przez codzienność. Apogeum miało nastąpić w sobotę, gdy wracałem od swojej Przyjaciółki. Co jak widać gołym okiem (w jakiej odległości są od siebie piątek i sobota tego samego tygodnia?) Bóg nie pozwolił mi na „oddech” i zadział tak, bym jednak „doprowadził sprawę do końca”.
Muszę się przyznać do czegoś. Z tą odpowiedzią na pierwsze pytanie, to nie jest do końca tak, że nie potrafię na nie odpowiedzieć. Problem leży w tym, iż podświadomie boję się na nie odpowiedzieć, bo wiem, z czym to się wiąże. Z wprowadzeniem tego w życie. To jest ten ciężar i ta cena, którą ciężko mi ponieść. Ale konkretnie:
Jezus: za kogo mnie uważasz?
Ja: za mojego Pana i Zbawiciela, który dał mi nowe życie i przebaczył mi wszystkie moje grzechy.
Jezus: czy chcesz pójść za mną, zapierając się siebie samego, biorąc swój krzyż i mnie naśladując?
I tutaj pojawia się problem mojej męskiej natury, która poddana zostaje próbie. Mężczyzna (lub jego ego) tak ma, że wszystko chciałby sam rozwiązać, polegając tylko na sobie zwyciężyć cały świat
i wszystkie jego problemy. Sam, sam, sam. A odpowiadając na pytanie: Kim jest dla mnie Jezus? Nie mogę na drugie pytanie: czy chcesz pójść za Mną…? powiedzieć: Nie. Stąd rodzi się niespójność. Przez tak wiele lat sam stanowiłem o sobie, w swojej samotności odnajdywałem bezpieczeństwo i spokój, że teraz boje się oddać to wszystko Jezusowi, wpuścić Go do mojej wspaniałej twierdzy, skrzętnie budowanej przez tak wiele lat. Po prostu się boję. Boję się tego, co będzie i jak to będzie wyglądało. Bardzo trudno jest oddać wszystko Jemu, całą władzę oddać w Jego ręce, przekazać ster życia Jezusowi. Ale skoro nie chcę pójść za Nim, to automatycznie neguję to wszystko, co powiedziałem odnośnie tego, za Kogo Go uważam…
W sobotę miało miejsce pewne wydarzenie, którego tutaj nie będę przytaczał. Powrót do domu był niezwykle ciężki, gdyż ciągle myślałem nad tym, co się stało. Przy bólach głowy doszedłem do wniosku, że nie potrafię kochać, że umiem tylko brać, ale niczego dawać. Jestem egoistyczny i ze wszystkim chcę radzić sobie sam, bo tylko moje działanie jest właściwe. Podsumowaniem tego wszystkiego było to, że poprzez takie działanie nie przyjmuje Jezusa, odrzucam Jego pomoc i sam walczę. Sam, sam, sam.
Podzieliłem się tym wszystkim z moją Przyjaciółką za pomocą komunikatora, a w między czasie wziąłem do ręki książkę, którą od niej dostałem i otworzyłem na chybił trafił. Oto treść tego, co otrzymałem:
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę
i niewiastę.” /Rdz 1, 27/
„Moje dziecko!
>Stworzyłem cię na swój obraz, tak jak rękawica jest stworzona na kształt dłoni. Uczyniłem cię według Mojego pomysłu.
Bez wypełniającej ją dłoni, rękawica staje się bezużyteczna. Kiedy jednak wypełniasz ją dłonią, staje się potrzebna. Tak samo jest z relacją ze Mną. Stworzyłem cię, abyś był wypełniony Moją obecnością
i Moimi celami. Nie jesteś ukształtowany, aby być wypełnionym czymś innym. To dlatego nic innego nie wypełni cię całkowicie. Jesteś stworzony dla Mnie.
Pozwól Mi wypełnić cię, synu. Pozwól Mi pokazać ci wspaniałe dzieła, jakie dla ciebie stworzyłem. Pozwól Mi wypełnić cele, dla których zostałeś stworzony.
Mieszkający w tobie,
>Bóg” /Andy Cloninger „E-mail od Pana Boga do mężczyzny”/
Było to pocieszenie, którego potrzebowałem, słowa, które mnie wypełniły i poprzez które czułem oraz wiedziałem, iż Bóg widzi to, z czym się zmagam i z czym zwyczajnie w świecie sobie nie radzę. Pokazał mi, że w moim działaniu zapomniałem o szukaniu Go. A On czeka, aż w końcu pozwolę Mu na wstęp do mojego życia, pozwolę Mu działać, pozwolę Mu być Jego rękawiczką. Przestanę być sam… .
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jakiś czas temu modliłem się o to bym umiał być zerem dla Niego, tak by On całkowicie mógł mnie wypełnić, bym w pełni działał z Jego wolą. Chciałem, to dostałem. Dla mnie jest to niesamowite działanie Boga.
Teraz czas na moją odpowiedź i moje działanie. Czas zburzyć twierdzę, czas mojej przygody, mojej wyprawy się zaczął… czas pójścia za Panem, moim Zbawicielem, Jezusem Chrystusem…