BYŁA 3 RANO, GDY ZADZWONIŁ TELEFON…
Początkowo myślałem, że hałas jest tylko częścią mojego snu. Dopiero po kilku minutach uprzytomniłem sobie, że tak nie jest. Czułem, jak głowa mi pęka, a w ustach mam Saharę. Nie powinienem był wczoraj tyle pić. Przetarłem zmęczone oczy i sięgnąłem po słuchawkę aparatu telefonicznego.
Nie wiedziałem, że wydałem wyrok na siebie i całą ludzkość.
- Tak, słucham? – Powiedziałem chrapliwie.
- Jezu, Mike, co z twoim głosem?! Nawet przez słuchawkę czuć, że jedzie od ciebie jak z gorzelni.
No tak, Steve, mój przyjaciel. Jedyny przyjaciel.
- Steve – zacząłem, masując sobie skronie – budzisz mnie tylko po to by kazać mi dmuchać w alkomat?
- Jasne, że nie. – odpowiedział protekcjonalnie. – Słuchaj, załatwiłem ci pracę w biurze. Doprowadź się do porządku, zjedz coś i ubierz się ładnie. Zaczynasz o 7.
- Jaki adres?
- Street Avenue 12. Tylko się nie spóźnij.
Rozłączył się.
Odłożyłem słuchawkę. Dźwignąłem się by usiąść na łóżku. Byłem cały obolały. Przetarłem dłonią włosy i spojrzałem w okno. Zaczynało świtać. Czułem się jakby to miał być mój ostatni wschód słońca.
Wziąłem gorącą kąpiel. Usmażyłem jajka z boczkiem i wypiłem z cztery filiżanki mocnej kawy. Czułem się już znacznie lepiej. Wyciągnąłem z szafy jedyny garnitur, który miałem oraz parę lakierków. Butom przydałoby się pastowanie. Stwierdziłem, że pastę mogę znaleźć w piwnicy.
Gdy tam wszedłem wszystko pokrywał kurz i mnóstwo pajęczyn. Zdałem sobie sprawę, że byłem tutaj pierwszy raz odkąd kupiłem ten dom. Krążyła plotka, że poprzedni właściciel został tu zamordowany. Podobno by kimś w rodzaju medium i przyzywał duchy, które wyssały z niego krew i rozszarpały ciało na kawałki.
Wymacałem włącznik na ścianie i piwnicę rozświetlił blask żarówek.
- Gdzie tu może być pasta do butów? – pomyślałem, i zacząłem przeszukiwać teren.
Zalegało tu mnóstwo gratów, jakieś stare książki o numerologii i demonologii, słoiki z oznaczeniami w języku, którego nie umiałem odczytać, oraz różne, dziwne przyrządy, ale żadnej pasty do butów. Już miałem wychodzić, gdy kątem oka dostrzegłem jakiś przedmiot leżący na stole. Podszedłem bliżej i ku memu zaskoczeniu była to czarna tubka.
- Oby w środku była pasta do butów – powiedziałem sam do siebie, następnie wziąłem ją i odkręciłem nakrętkę.
W tym momencie uderzyła mnie fala zimna i gorąca, która pchnęła mnie w przeciwległą stronę piwnicy. Całe pomieszczenie zaczęło się trząść, i miałem wrażenie, iż wszystko zaraz się zawali. Niespodziewanie w miejscu, gdzie upuściłem tubkę, powstała trąba powietrzna, z której wydobywały się płomienie i błyskawice. Temu wszystkiemu towarzyszył dźwięk, który początkowo odebrałem za gwizdanie wiatru, dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że są to słowa wypowiadane w jakimś obcym języku. Długie, przeciągłe dźwięki przyprawiały o gęsią skórkę.
Nagle tornado zaczęło się zmieniać w jakiś kształt. Moim oczom ukazała się potężna humanoidalna istota o potężnym torsie, na którym widniały dziwne znaki z głową kozy. Ogromne, czarno-szare poszarpane skrzydła rozpięte była na szerokość piwnicy. Postać ta jakby absorbowała całe światło wypełniające pomieszczenie, przez co była jeszcze bardziej potężna i złowieszcza.
Chciałem wierzyć, że to wszystko tylko mi się śni, i że za chwilę obudzę się bezpieczny w swoim łóżku.
Wtedy wzrok tego czegoś spoczął na mnie. Surowa, ciemna twarz nie wyrażała żadnych uczuć, a jego oczy niby małe ogniki sprawiły, że leżałem tam jak sparaliżowany.
- Jam jest Abbaddon, Niszczyciel – rzekła istota ciemnym, zawistnym głosem.
Grzesiu czytając Twój post
w jakiś cudowny sposób można zobaczyć jak Bóg przemienia ludzkie serca, co może uczynić… Twoje uczucia absolutnie nie są mi obce… nie jest łatwo rzucić się w toń miłości Jezusa mimo takich słodkich słów… ale dobrze wiemy że On zna nasze obawy : ) i z wielką delikatnością przemienia ludzkie serca….
dzięki Kamuszko
ale mniemam, że komentarz dotyczy notki wyżej ;p